– Jesteś! Zdążyłam nawet po robocie upiec ciasto czekoladowe. To znaczy jest jeszcze w piekarniku. Będzie dobry wstęp – przywitała ją koleżanka.
– Słodka oprawa dla słonych łez – ironizowała Mira.
– E tam, babo, zaraz cię poskładamy do kupy. Facet to nie dramat. Popatrz, ja mojego kopnęłam w dupę i żyję. – Puściła jej oczko.
– Łatwo ci mówić, to było wiele lat temu. I teraz masz Krzyśka.
– Zawsze się jakiś przyklei, kochana. Bez cycków zaczynają chlać albo chorować, więc spokojna głowa.
Zaśmiała się. Dobry humor Kamili był dla niej jak powiew świeżego powietrza z otwartego wreszcie okna podczas zaduchu lata. Mogło się palić i walić, a Kamyk zawsze miał na stole ciasto, na twarzy uśmiech, a w sercu otwartą na oścież bramę do gościnnych pokoików wnętrza.
– No a mojego chłopa dzisiaj nie ma. Pojechał z Baśką do swojej mamy. Chata wolna. Możemy imprezować do rana.
– Wiem, że ta chałupa to zawsze dobry adres. – Mira posłała koleżance uśmiech. Niemal czuła, jak przez zachmurzone niebo jej myśli wygląda nieśmiało słonko.
[Rozdział 16, fragment]
(Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości lub fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody autora jest zabronione.)

No responses yet