W jednym z fotoalbumów podróżniczych napisałam kiedyś: Jest takie wołanie, którego nie słychać, ale brzmi wyraźnie jak we śnie rozmowa. Słyszę to ciche wezwanie od zawsze, lecz kiedy pojawiły się dzieci, zaczęłam regularnie przecierać szlaki na wschód. Najpierw wyruszaliśmy tylko na Podkarpacie. Potem kupiliśmy Volkswagena Transportera T4, zrobiliśmy z niego kampera i rozszerzyłam spojrzenie na Lubelszczyznę, ukochane Podlasie, a nawet Suwalszczyznę. Im częściej wyruszam, tym mocniej jestem zafascynowana tymi rejonami.

Wschód to przygoda. Z kawusią o poranku w cudownym miejscu, czystą radością lub wzruszeniem nad rzeką, z gitarą przy ognisku, z ciepłym popołudniem nad wodą. Wschód z upartymi owadami, bolącą ze zmęczenia głową, przegrzanym lub przemarzniętym ciałem, z niewyspaniem. Tworzę rękodzieło, śpiewam, wychowuję, wspieram i doceniam, sprzątam i gotuję, wypełniam przestrzeń tłem swojej osobowości. Lecz za oknem ciągle widzę dal – film, który leci w tle, a ja chcę w nim występować. Taki dar, takie zadanie, taki los.

Wschód to tęsknota. Ona jest w spojrzeniach i w melodii, w zdobieniach, w bezkresie krajobrazów. W Polsce, ale już jakby nie u nas. Pogranicze to przedsmak Bliskiego i Dalekiego Wschodu. To jakby wejść do baśni ciągnących się po horyzont malowniczych przestrzeni, poprzecinanych pustymi drogami i cichymi bezdrożami pełnymi wiatru bez przeszkód pokonującego świat. Wschodnia Polska to wyczekiwanie czegoś innego, dalszego, głębszego. To kształtowanie duchowości dzięki oglądaniu siebie w lustrze pełnym refleksów kultur.

Wschód oznacza tożsamość. Moi rodzice to mieszanina pochodzenia: Kraków i Krosno. Miasto nad Wisłą ukształtowało moją wrażliwość, umiejętność szukania w sztuce i sięgania po nowe, miasto nad Wisłokiem to dzieciństwo: bliskość, przygoda i poczucie bycia częścią czegoś większego. Na wschodzie wszędzie jest coś podobnego w zachowaniu: chęć spotkania, ciepło wyciągniętej ręki oraz inna mowa. Całą tę schedę ogarniam sercem, próbuję zrozumieć. Chyba jestem typem podróżnika, który potrzebuje kierunku, jak Romuald Koperski, który kochał Syberię i cudownie o niej pisał.

Lecz jest jeszcze świat w moich rękach, który sprawia, że również codzienność zawiera w sobie podróż, kryje dreszczyk wyruszania – tym światem jest mój warsztat plastyczny. Kiedy tworzę, czuję spokój i bezczas, choć na robienie rękodzieła jest zawsze tylko kilkadziesiąt minut w ciągu dnia. Jednak istnienie pracowni sprawia, że codzienność nie przytłacza, a ja czuję, że żyję – jestem sobą i ciągle mam coś do powiedzenia, wyrażenia, przekazania. W końcu rękodzieło realnie łączy się z wyruszaniem: na targi oraz do innych pracowni. To dodatkowy smaczek, tzw. wisienka na torcie.